niedziela, 1 czerwca 2014

Kiedy Gosia była mała / post wspominkowy z okazji Dnia Dziecka


Korzystając z okazji Dnia Dziecka, którym nadal się czuję mimo moich 22 lat, pomyślałam że chętnie przygotuję post o wspomnieniach z mojego dzieciństwa. Tym, co najbardziej kojarzy mi się z tym jak byłam mała i dorastałam. Jednym z najszczęśliwszych wspomnień jakich mam to dzień w którym do domu przywieziono mały pakunek, moją małą siostrę Kasię. Mając niespełna cztery latka to ja wybrałam dla niej imię, które teraz, mieszkając zagranicą przysparza nam trochę problemów bo nasze imiona brzmią dla ludzi tak samo ;) Nie wiem dlaczego akurat wybrałam to imię, musiało mi się bardzo podobać. 


Kolejne wspomnienia to oczywiście książki. Podobno mając pięć lat przeczytałam moją pierwszą książkę, Sieriożę Wery Panowej. Potem doszły Bajeczki z obrazkami Sutiejewa i nieśmiertelne Kto powiedział miau?, książeczki z serii Poczytaj mi mamo, Przez dziurkę od klucza Siesickiej. Książkę tę zajechałam na amen. Nie mogę też zapomnieć o Szóstej klepce i Kłamczusze, reszta Jeżycjady to był hit późnej podstawówki. A, Jak połknęłam żabę też była jedną z moich ulubionych książek. Karolcia, Oto jest Kasia, Bułeczka, Dzieci z Bullerbyn, O psie, który jeździł koleją (na którym spłakałam się jak bóbr i marzyłam potem o psie), Mikołajek ... O książkach mogłabym napisać cały długi post a przecież jest tyle innych rzeczy o których chciałabym wspomnieć. Koniecznie muszę jeszcze wspomnieć o Harrym Potterze, nigdy nie mogłam się doczekać kolejnych części. Mam wszystkie, w dwóch językach.

Pierwszym moim zwierzątkiem był ... czerwony Tamagotchi. Mały dinozaur, który zawsze umierał w nocy i zabawę trzeba było zacząć od początku. Pierwszy pies, bo rybek nie liczę, to Misiek, który dołączył do nas gdzieś tak w czwartej klasie. Niestety, nie dane mu było żyć zbyt długo i po 9 miesiącach przeniósł się na zielone psie łąki. Miesiąc później znaleźliśmy psa, który moim małym futrzanym przyjacielem do dzisiaj. Mowa o Dandy :)


Wracając jeszcze do mojego ukulturalniania się. Namiętnie słuchałam kaset magnetofonowych. Beniamin Blumchen, Kubusiowe mruczanki należały do moich ulubionych. Nie mogę zapomnieć o The Kelly Family i Varius Manx, uwielbiałam ich piosenki. A co oglądałam? Wilk i Zając, Domowe przedszkole, Ulica Sezamkowa (pamiętacie bożonarodzeniowy odcinek gdzie Wielki Ptak zasypia na mrozie a z nosa zwisa mu wielki sopel?), Chip i Dale, Lucky Luck, Popeye (i angielskojęzyczny Cartoon Network), Pełna chata. Za to szczerze nie znosiłam Tabalugi. Kochałam też Łebski Harry i do dzisiaj wspominam odcinek wielkanocny z kurą Henriettą, co nie mogła znosić jaj. Kulfon i Monika, Tato, a Marcin powiedział, Pan Tik Tak, tak jak z książkami mogłabym wymieniać bez końca.


Oprócz książek lubowałam się w gazetkach dla dzieci. Nadal mam całe segregatory Gdzie jest Wally, OK, Przygoda ze sztuką, Supermózg, Przyjaciele z leśnego lasu i Odkryj świat (pamiętacie ten magiczny długopis?). Tak teraz myślę, że rodzice przepuścili niemałą fortunę na moje zachcianki.
Oprócz tego grałam w gry planszowe, najukochańsza to Grzybobranie, którą też nadal mam do dzisiaj, Eurobiznes. Potem pojawił się w domu komputer i maniakalnie grałam w Jazz Jackrabbit (grałabym, można to gdzieś dostać na laptopa?), Super Mario, pierwsze Simsy, Różowa Pantera i Zagadki Króla Leona. 

Mogłabym wymieniać bez końca ale ... może z tym jeszcze poczekam? Nie wiem czy takie posty są w kręgu Waszych zainteresowań? Jestem bardzo ciekawa czy czytałyście te same książki co ja i czy oglądałyście te same programy? A może jesteście ode mnie młodsze/starsze i w Waszym dzieciństwie hitem było zupełnie co innego? Koniecznie dajcie mi znać czy lubicie takie posty :)

sobota, 1 marca 2014

Debs/Prom/Debutante Ball 2010

Dokładnie tydzień temu pisałam Wam o moim pierwszym Debs na jakim byłam, o tu KLIK był to rok 2009 a ja byłam osobą towarzyszącą. Rok później, w połowie sierpnia odebrałam wyniki matury, dostałam się na kierunek, który miał być dla mnie (po roku okazało się, że jednak nie ale to inna historia) i przyszła pora na mój własny bal maturalny.

Najważniejsza rzecz czyli suknia. O ile rok wcześniej nie wiedziałam w czym chce wystapić, o tyle suknię na mój własny bal miałam obmyśloną odkąd zaczęłam liceum. Miała być duża, pufiasta i trochę jak z bajki o księżczniczce. Kupiłam ją trzy miesiące przed balem i w sklepie w którym ją nabyłam to był jedyny model sukni o jakiej marzyłam. Reszta to były zwykłe, proste sukienki. W tej zauroczyło mnie wszystk :-) a odkąd ją kupiłam przymierzałam ją niemal codziennie, obmyślając dodatki i całą balową otoczkę.


Suknia zdobyła wiele komplementów ale też wiele osób powiedziało, że to niemal jak suknia ślubna. Co zabawne, kiedy robiłam sobie zdjęcia przed domem dzieci sąsiadów były przekonane, że wybieram sie na swój własny ślub. Mimo 9 warstw (policzyłam!), suknia w niczym mi nie przeszkadzała a ja czułam się w niej jak księżniczka. Tylko wizyty w toalecie były dość ... trudne, bo nie do końca mieściłam się w kabinie ;-) 


Tutaj makijaż był już trochę bardziej wyrazisty, jak widać postawiłam na sztuczne rzęsy ale też i na krzywo nałożony róż ;-) włosami zajęła się bardzo dobra fryzjerka i nie straszyłam białymi włosami ;-) tak teraz myślę, że chętnie wróciłabym do takich pasemek. Włosy były podpięte tak samo jak rok wcześniej, ta fryzura bardzo przypadla mi do gustu.

Rok wcześniej biżuteria była bardzo bling, bling - z racji tego, że moja suknia obsypana była już cekinami i blyskotkami, postawiłam na bardzo delikatny naszyjnik i kolczyki, które notabene tak jak i suknię dostałam od rodziców. 


Długo zastanawiałam się nad torebką, chcialam coś prostego ale i pasującego do sukni. Zdecydowałam się na różowo brzoskwiniową torebeńkę z New Look w kształcie róży. Oczywiście nic mi się w niej nie mieściło, przeszkadzała mi i nie mam chyba żadnego zdjęcia z tą torebką bo przez cały dzień i noc była ona noszona przez moją osobę towarzyszącą ;-) 


Od mojej randki dostałam korsaż (o którym musiałam tysiąc raz przypominać) na diamencikowej bransoletce. Do dzisiaj mam to małe dzieło sztuki, zasuszone i trzymane w oddzielnym pudełeczku. Na zdjęciu widać dokładnie każdy detal sukienki i sztuczne pazury ;-)


Osoba towarzysząca sama pomyślała o przypięciu identycznego kwiatka do butonierki :-) pasujący krawat musiałam jednak sama wykombinować. Proponowałam też frak i muchę ale pomysł nie spotkał się z uznaniem.

Z racji tego, że suknia była do samej ziemi, nie kupowałam nowych butów tylko założyłam te same srerbrne sandałki, które miałam rok wcześniej.

Nie ma to jak czerwona,spocona twarz ;-) pomyślalam, że pokażę Wam zdjęcia z koleżankami, tak dla pokazania sukienek.

Oprócz mnie, korsaż miała tylko jeszcze jedna dziewczyna i przez to czułam się jeszcze bardziej wyjątkowo.


O ile rok wcześniej tylko ja miałam na sobie białą sukienkę o tyle w 2010 na biel zdecydowało się o wiele więcej dziewczyn.

Mini tiarę też chciałam sobie sprawić ale pomyślałam, że to może być już trochę za dużo.

Jak wspomniałam, królowały i nadal królują proste suknie.

Tylko my we dwie, miałyśmy suknie na księżniczkę z czego byłyśmy bardzo dumne.

Może popadłam w samozachwyt ale nadal uważam, że miałam piękną suknię. Dodatkowo moja siostra utwierdziła mnie w tym przekonaniu kiedy zdecydowała się ją założyć na swój własny bal - to chyba komplement dla mnie? 

To już ostatni bal na jakim byłam i ostatni post z tej serii. Dajcie mi znać jakie suknie Wam się spodobały? 

                                                                       Buziaki, 
                                                            Gosia

sobota, 22 lutego 2014

Debs/Prom/Debutante Ball 2009

Jak zwał tak zwał ale chyba wiadomo o co chodzi. Do napisania tego postu zbierałam się prawie od miesiąca i nadal nie jestem pewna co napisać bo nie chcę żeby wyszedł z tego długi esej. Wybaczcie zdjęcia okropnej jakości, nikt nie ogarniał apratu ;) do tego długo wybierałam zdjęcia, które chciałabym Wam pokazać, w 2009 roku nie miałam zbyt dużego pojęcia o makijażu, do tego włosy spalone u fryzjera i już miałam porzucić pomysł tego posta ale carpe diem, hakuna matata, que sera sera. 



Zacznę od tego, że o ile w Polsce studniówki zawsze są mniej więcej w tym samym okresie to w Irlandii wszystko zależy od szkoły [mały dygresja na temat secondary school, 3 lata nauki w tejże szkole kończy Junior Cert, który może być odpowiednikiem egzaminu gimnazjalnego, 4 rok to tzw. transition year i nie jest on obowiązkowy. Liceum to 5 i 6 rok, zakończony maturą czyli Leaving Cert w czerwcu]. I to od szkoły zależy czy Debs (jak to się mówi w moich regionach) czy Prom (jak to jest w innych hrabstwach) jest rok przed maturą, kilka miesięcy przed czy po. U mnie od lat Debs odbywa się pod koniec sierpnia, jakieś dwa tygodnie po odebraniu wyników matury.


W sierpniu 2009 na Debs wybrałam się jako osoba towarzysząca. Nie miałam pojęcia w jakiej sukience chcę wystąpić i dopiero kilka tygodni przed samym balem znalazłam tą jedyną na super przecenie w Coast i zapłaciłam za nią 70euro. Podobało mi się, że była biała, lekka i trochę w stylu Marilyn Monroe. W pasie przepasana była zieloną i kremową wstążeczką a z boku przypięty miała mały bukiecik. W 2009 roku nikt nie miał na sobie białej sukienki - królowały granatowe, bordowe, kwieciste i fioletowe suknie, proste i do ziemi - więc moja naprawdę się wyróżniała.

W tym samym sklepie dobrałam do sukienki torebkę, która nie pomieściła nic oprócz telefonu i błyszczyka ;) ale pasowała do wstążeczki. W zamyśle na ramionach miałam mieć zarzucony szal ale finalnie porzuciłam ten pomysł i wystąpiłam bez.
Z butami miałam problem, kupiłam dwie podobne pary sandałków - srebrne z bling bling. Na Debs zdecydowałam się na sandałki, które były pokryte większą ilością diamencików.


Z włosami miałam problem. Według fryzjerki były blond, według mnie śnieżnobiałe ale co było zrobić, musiałam tak iść do ludzi. Fyzurę na głowie wyczarowała mi siostra :) wiedziałam, że do sukienki z odkrytymi ramionami muszę mieć spięte włosy. Notabene, w tej samej fryzurze (tylko innym kolorze włosów) wystąpiłam na moim własnym Debs.


Makijażowo nie będę się wypowiadać bo nie wiem co mnie opałętało żeby na powieki napakować jakiś jasny cień (przypomniało mi się, to były poczwórne cienie Isa Dora), do tego niewyraźne usta i brwi, które były jak niteczki.
A, na paznokciach miałam sztuczne paznokcie, które były za długie ale nie miałam czasu na spiłowanie i które założyłam zbyt wcześnie przez co rajstopy zakładała mi siostra.


No i biżuteria. Najpierw miało być skromnie, w Accessorize kupiłam naszyjnik z ciemnego metalu nieszlachetnego z dodatkiem delikatnych, pastelowych motylków, kwiatków i czegośtam jeszcze. Ale w oko wpadła mi ta cudowna, efektowna i błyszcząca kolia z (sztucznych) diamentów, którą potem sprezentował mi tata. Długie kolczyki to był prezent od mamy i było to kilka wiszących diamencików, które idealnie pasowały do naszyjnika.

Zdjęć z balu nie mam bo aparat nie zmieścił mi się do torebki. Cała impreza zaczęła się o 16,  jednym z dwóch hoteli, które są w okolicy, kiedy każda para miała robione zdjęcia przez profesjonalnego fotografa a do obiadokolacji zasiedliśmy po 18. Do teraz pamiętam, że dostałam okropny makaron z kurczakiem, który był bezsmakowy a na deser rozciapcianą szarlotkę. Jak dobrze, że to nie ja płaciłam za bilety ;) Po posiłku do tańca przygrywał nam zespół, który robił wtedy furorę a zaraz po nim, DJ.
Bal skończył się po 3 w nocy -  w planach była impreza domowa ale pomysł spalił na panewce i wszyscy rozpierzchli się do domu.

To taka mała relacja w skrócie :) Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam i dajcie mi znać czy chcecie kilka zdjęć z mojego własnego balu. Jestem ciekawa jakie sukienki królowały na Waszych balach/studniówkach :) 

                                                                                             Buziaki, 
                                                                                                Gosia
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...