Dziennik (nie)budowy, czyli rzecz o tym, jak się zmienia perspektywa, kiedy życiem człowieka rządzić zaczyna dwustuletni dom. Wszystkie występujące w tej historii postacie są fikcyjne, a wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń i miejsc-czysto przypadkowe.
Czasami dobrze jest nie mieć ze sobą aparatu, albo schować go głęboko w szafie. Człowiek się przynajmniej nie rozdrabnia, nie marnuje czasu na uwiecznianie klimatu, który i tak jest nie do uwiecznienia (jak ten w Pobiednej na przykład, w minioną sobotę, albo ten dzisiejszy, służący rozprawieniu się z resztką pewnego baaardzo cytrynowego napoju i pomieszaniu win). I w ogóle. Dziękujemy B., M. i Babci Okrucha oraz naszym dzisiejszym kompanom T., K., K. i T.
Utraciwszy, w poprzednich sezonach remontowych (drogą kradzieży) dwie taczki,
poszliśmy po rozum do głowy i zamiast nabywać trzecią drogą
kupna...postanowiliśmy się nie bać i - pożyczyć. Zajechaliśmy pod pewien
dom, zwinęliśmy sprzęt, zapakowaliśmy do naszej ciężarówki i w ciągu dwóch śródpracowych godzin zakończyliśmy (no, prawie) sprawę sterty i tarasu.
-Mamo, tato, a gdzie jest Wałbrzych?
-Yyy, na wschodzie, na wschodzie jest...
-...kiedyś był na zachodzie, południowym nawet ale...
-...perspektywa się nam zmieniła.
Zazwyczaj zaczynamy krzątać się w lutym. W sensie, wokół niebudowy się krzątać. Mniej więcej w połowie pierwszej połowy dnia robimy sobie перерыв
w naszej niezmiernie stacjonarnej pracy biurowej i ruszamy w Polskę,
dokładnie kilka kilometrów w głąb Polski, aby nacieszyć się kłopotnickim
zasięgiem (bo z tym перерыв-em to częściowa prawda),
pierwszymi kwiatami
i ogromem prac, który wita nas szeroko rozpostartymi ramionami (jak co roku - w osobie Sterty, która tym razem bezapelacyjnie musi ustąpić miejsca wiacie).
.
***
Wczoraj sezon zainaugurowali z nami strażnicy miejscy oraz wałbrzyscy inwentaryzatorzy studni.
My to jednak mamy szczęście - następnym razem przyjadą za 10 lat!
Nie chcemy zapeszać, uprzedzać faktów i opisywać zdarzeń, które (jeszcze) nie nastąpiły, ale udało się! Udało się nam umówić z M., kierownikiem, oraz W. i R., wykonawcami, w numerze 8, domu, na sobotę. Oznacza to najprawdopodobniej rychłą materializację tej profesjonalnej wizualizacji:
D., architekt, nie odbiera telefonu, ale czymże byłaby ta historia bez jego milczącej nieobecności!
Ostatnio często towarzyszy nam ten widok, czyli, w zasadzie, nadal ten sam, tylko z nieco innej perspektywy.
Jest, jak jest, ponieważ przytrafiła się nam bardzo intensywna znajomość. (Wygląda na to, że trafił swój na swego.)
Prawdopodobnie z tej samej przyczyny, zamiast dzwonić do ekipy budowlano-remontowej i kierownika M., oraz ponaglać D., architekta, w sprawie kopii projektu dla M., kierownika, montujemy warsztaty.
P.s. Z powodu licznych i miłych apeli (które, ściślej rzecz ujmując, zakrawają na brutalne roszczenia) poddajemy się też tymczasowo z wyłączeniem bloga.
Są widoki, które zawdzięcza się popsutym samochodom. I spotkania, które zawdzięcza się niemożliwości dojechania tam, gdzie się miało być. Pół tygodnia w telegraficznym skrócie: czeskie kino, przemyt inwentarza i poznanie (dzięki Inkwi i Padre) M., z Kłopotnicy(!), który jeszcze nie wie, że my to my, czyli, że poznał sąsiadów spod ósemki:)
Przyszło nam dojrzeć kucy. Yyy. Kuców? Kucyków. Wypuściliśmy, skopał nas pastuch, pospacerowaliśmy po wolimierskich łąkach z widokiem na Stóg z głową w chmurach.
Następnie, ze śródlądowaniem w Mirsku, wylądowaliśmy na leśniańskiej tamie.
A wieczorem? W karty, na pieniądze (stare kopiejki i halerze, znaczy się), z T.
Nadal nie ustawiliśmy spotkania kierownika M. z budowlaną kawalerią, a za chwilę trzeba nam do Stolicy.
Wygada na to, że nareszcie znaleźliśmy pocztówkę z widokiem na Oldboja.
Co prawda nie bardzo można go odróżnić od wszystkiego innego, co znajduje się u stóp skrzętnie opisanych gór, ale że jest gdzieś tan na pewno - nie mamy wątpliwości - zmieścił się w kadrze!