wtorek, 28 grudnia 2010
"szczęśliwy" tatuś? - temat z maila
chciałabym byśmy porozmawiały o naszych mężach, chłopakach, partnerach, którzy jako ojcowie doprowadzają nas czasem do szału..Czym? Miganiem się. Wiadomo, kochają i nas i nasze wspólne pociechy, ale chyba nie tak bardzo jak samych siebie...;) Poświęcenie się jest chyba wpisane w kobiecą naturę, a szczególnie w macierzyństwo.
Myślę, że większość z nas zdaje sobie sprawę, że odkąd pojawiło się dziecko nasze potrzeby niestety schodzą na dalszy plan czy to nam się podoba czy nie. Wiadomo, że szuka się chociaż chwili w ciągu dnia na ulubioną rozrywkę i kiedy dzieciak śpi, ogląda bajkę albo sam się bawi można odetchnąć przed TV, książka czy kawie z koleżanką. Która z Was zaprzeczy że są to najprzyjemniejsze chwile w ciągu dna?? ;)
No ale wracając do naszych tatusiów. Mam wrażenie, że oni nie godzą się z faktem, że ich wolny czas jest nieco ograniczony, że ważniejsze jest to, że dziecko trzeba uśpić czy wykąpać niż to czy w telewizji jest mecz albo sensacyjny hit tego lata..:/
Kiedy odrywasz go od jego zajęć, którym się z namaszczeniem oddaje każdego popołudnia on szczerze zdziwiony, zaskoczony i zniesmaczony patrzy na Ciebie nie wierząc własnym uszom;) I wstaje, z miną męczennika, zły albo smutny (to zależy od cech charakteru) i z łaską wykonuje polecenie, na które sam niestety nie wpadnie.
A w Tobie się gotuje i zastanawiasz się czy aby na pewno on chce być ojcem? czy nie wolałby uciec z tego waszego rodzinnego gniazdka? czy jest szczęśliwy?
K.
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Depresja po odstawieniu dziecka od piersi?? - temat z maila
Kiedy byłam w ciąży nie czytałam zbyt dużo o karmieniu dziecka, bo założyłam, że będę karmić piersią. Czasem tylko wpadał mi w ręce jakiś poradnik i wtedy ze zdziwieniem odkrywałam "terror laktacyjny" i wszechobecne potępienie dla karmienia butelką. Myślałam wtedy, że gdybym była mamą zakładająca karmienie mm, to na pewno nabawiłabym się depresji
i współczułam kobietą, które muszą zmagać się tą nagonką:/
Moje karmienie odbyło się bez żadnych problemów i wiem, że jestem pod tym względem szczęściarą. Nie popękały mi brodawki, mała ładnie ssała, żadnych zastojów i zapaleń, jeden nawał przezwyciężony w ciągu jednego dnia, a dodatkowo córek mój przybierał tak, że śmiali się, że mam śmietanę w piersiach.
Wszystko pięknie, ale ja sobie założyłam, że karmię małą do 6 miesięcy i koniec. Nie będę tu wymyślać, że musiałam wrócić do pracy czy tym podobne - po prostu uznałam, że tyle wystarczy. Chciałam odzyskać swoje piersi i siebie, a wszystko co najlepsze jej dałam. Dodatkowo okazało się, że mała ma jakąś alergię i to nie wiadomo na co. Kazano mi odstawić nabiał, a ją ciągle wysypywało i nie można było określić od czego. A ja już przestawałam jeść cokolwiek ze strachu, a ona nadal miała czerwone suche place na ciele.
Nigdy nie traktowałam karmienia piersią jako sposobu na wytwarzanie więzi z dzieckiem (uważam, że jest wiele innych sposobów na to), piersi nie służyły do usypiania ani uspokajania, to było po prostu dawanie jej jedzenia i tyle.
I przyszedł czas na odstawienie, które też obyło się bez większych problemów dla małej. Zaakceptowała butelkę po 3 podaniu(obecnie aż trzęsie się na jej widok), ja eliminowałam kolejne karmienia dzienne i... tutaj pojawił się problem WE MNIE!! Zaczęło mi być smutno, byłam przygnębiona i rozdrażniona. Chciało mi się płakać i nie potrafiłam zrobić ostatniego kroku-skończyć karmić w nocy. Było mi przykro, że córka już mnie tak nie potrzebuje, że równie chętnie zasypia z tatą. Złapałam strasznego doła. Byłam w szoku, że pojawiły się we mnie takie emocje. Widziałam, że stan skóry córki jest rewelacyjny(pije preparat mlekozastępczy), że jest zadowolona, najedzona.
W końcu to mała podjęła za mnie tę decyzję i zaczęła przesypiać całe noce. Ja w końcu przy wsparciu męża wygrzebałam się z mojego stanu psychicznego, ale odkryłam ważną rzecz- TO BYŁO NASZE PIERWSZE ROZSTANIE i to mnie było trudno pożegnać córcię i pozwolić jej na pierwszy etap samodzielności. A rozstanie z bliską osobą nawet, kiedy jesteśmy o tym przekonani zawsze jest trudne i wiąże się z poczuciem straty.
Długość karmienia bywa różna-kilka dni, tygodni, miesięcy, lat-jestem ciekawa czy wygląda to tak samo??
I jeszcze jedno-dlaczego do cholery w żadnym poradniku nie wyczytałam, że odstawianie dziecka może być trudne dla MNIE??
Pozdrawiam Was!!
Agnieszka
niedziela, 12 grudnia 2010
YES WE CAN!!!
Nie wiem czy to kwestia wydzielania się jakiegoś hormonu, czy dodatkowego zwoju na mózgu, pojawiającego się po porodzie. Czy po prostu te małe Bąki tak na nas wpływają. W każdym razie tysiące rzeczy, które wcześniej były dla mnie nie do ogarnięcia, czy w ogóle niewykonalne, teraz robią się automatycznie, z rozpędu, jakby same z siebie. I okazuje się, że mogę i potrafię pamiętać o wszystkim i wszystkich, z samą sobą włącznie. I jak widzie dookoła co robią i jak radzą sobie inne mamy to na prawdę jestem pełna podziwu!!
Bo np.
- odkurzyć mieszkania z bojącym się odkurzacza dzieckiem, zawieszonym na chuście - yes we can!!
- wynieść dwa worki śmieci z dzieckiem na rękach, taszcząc przy tym w ręku sanki (bo jak na złość TYM RAZEM odśnieżyli chodnik) - yes we can!!
- umyć zęby przed 13:00 - yes we can!! :)
- wnieść na drugie piętro zakupy (ze zgrzewką wody włącznie), torebkę, torbę dziecka ze żłobka i dziecko (12kg) - yes we can!!!
- zaplanować bitwę pod Gettysburgiem - yes we can!!
- zapamiętać 30-sto punktową listę zakupów, bez spisywania jej na kartkę - yes we can!!
- pościerać i "zdezynfekować" właśnie obsikany przez kota kawałek podłogi, zanim dziecko do niego doraczkuje (a szybki jest!!) - yes we can!!
- i na wiele więcej - yes we can!!
Tak więc drogie Mamy jesteście niesamowite!! Wielki R-E-S-P-E-C-T!!
i wesołych świąt :)))
magda
czwartek, 9 grudnia 2010
Poród w Polsce, czy może wyglądać tak jak w Holandii - wyzwanie dla nowo wybranego prezydenta
Doznałam szoku, jak usłyszałam że kobiety w Polsce biorą kredyty na poród, aby móc urodzić w prywatnej klinice „po ludzku”. Inne natomiast mają po porodzie w państwowym szpitalu tak traumatyczne przeżycia, że posiadanie kolejnego dziecka uzależniają jedynie od adopcji. Przytoczę tu przykład kobiety, która kilka godzin leżała na sali operacyjnej kompletnie goła w oczekiwaniu na anestezjologa, który zrobi znieczulenie do cięcia cesarskiego. Inna kobieta wypowiadała się na temat bzdurnych procedur typu golenie krocza do cesarki czy też niepochlebnych komentarzy położnych na temat obecności męża podczas porodu lub nadużywania dzwonka przywołującego położną w razie trudności. Można by wymieniać i wymieniać, lecz ja pozwolę sobie na opis mojego porodu za który nie zapłaciłam ani centa. Nie robię tego po to aby się chwalić, jak to miałam dobrze… po prostu znalazłam się na odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Jednak chciała bym aby przy porodzie mojego drugiego dziecka za kilka lat takie same warunki i opieka była również w Polsce.
12.04.2010 godz 7.30 – szpital akademicki Maastricht / Holandia.
- dzień dobry, ja do porodu…(poród wywoływany tydz po terminie)
- dzień dobry, czekamy właśnie na panią proszę za mną, oto pani pokój, proszę się rozgościć, ma pani może ochotę na kawę lub herbatę, za jakieś 30 min przyjdzie do pani lekarz. Wszystko odbywało się w języku angielskim i nikomu nie przeszkadzało że nie znam holenderskiego.
Pokój około 40m2, na środku łóżko do porodu, z boku tapczanik dla męża jak by chciał się zdrzemnąć, z drugiego boku biurko z komputerem i dostępem do internetu, naprzeciwko mojego łóżka pod sufitem telewizor, pilot na szafce koło łóżka. Stoliczek na obiad przystawiany do łóżka, łazienka z prysznicem w pokoju oraz całe oporządzenie do obsłużenia maleństwa po wyjęcia z brzucha typu, waga, wanienka, pampersy, czapeczki śpioszki, ręczniki itp…
godz 8.00
przychodzi lekarz, bada, aplikuje prostagladyne, omawia co się będzie ze mną działo, … i tak KTG i mierzenie ciśnienia co 2 godz. Hormon nie działa aż do 16.00, więc oglądam TV, śpię i przyjmuję odwiedziny koleżanki, która była w okolicy
godz.9.30 – przychodzi salowa z menu, żebym sobie wybrała co chcę jeść na śniadanie obiad i kolację następnego dnia…. (szok był tak ogromny że stwierdziłam – ah… hmmm – wszystko jedno, zaznaczyłam krzyżykiem raz dwa, a potem piłam kurcze kawę bez mleka nawet na kolację )
godz.15.00 – przychodzi położna porozmawiać o tym jak się czuję, jakie mam oczekiwania wobec porodu itp… składa mi kondolencje z powodu katastrofy smoleńskiej, ponieważ dowiedziała się że jestem z Polski.
godz. 16.00 – hormon zaczyna działać, czuję lekkie bóle, jak podczas miesiączki, położna proponuje wziąć prysznic i pospacerować
godz.19.00 – przychodzi lekarka wyjąc tampon z hormonem, mówi że mogę zrobić to sama w toalecie, jeśli obawiam się że będzie bolało… poszłam, zrobiłam sama…spoko luz…
bóle są już tak bolesne, że proponują mi coś na ich uśmierzenie, niestety na razie tylko paracetamol, ponieważ na znieczulenie jest za wcześnie…
godz. 22.00 bóle nie do wytrzymania, położna radzi jak oddychać i obiecuje że zaraz przyjdzie anestezjolog i da mi znieczulenie
godz. 23.00 położna przeprasza za opóźnienie, ale anestezjolog ma akurat ważną niespodziewaną operację
godz.1.00 przychodzi anestezjolog – po znieczuleniu na kilka godzin zasypiam, mój zmęczony od masowania mi pleców i przykładania termofora z gorącą wodą mąż również.
godz. 7.00 przychodzi lekarz, bada rozwarcie – hurra 10 cm… tylko główka za daleko, podłączają oksytocyne i odłączają znieczulenie.
godz. 11.00 znów czuje okropne bóle, w między czasie przychodzi nowy lekarz, pyta czy zgadzam się na obecność studenta, po nim położna z inna studentką, też się zgadzam… zaczyna się, położne dopingują jak na meczu piłkarskim, proszą o jeszcze jeden skurcz, mówią – Yes, you can
do it, you are doing graet, one again, !!!
godz.12.36 nasz SKARB przychodzi na świat
Wiktoria dostała czapeczkę szpitalną i wylądowała u mnie na piersi gdzie spędziła pierwszą godzinę życia. Położne gratulowały, zaraz przyniosły mi kanapki na wzmocnienie. Pomogły mi doczłapać się pod prysznic po około 2 godzinach. Podczas gdy mąż robił zdjęcia naszej córeczce, ja zmęczona zasnęłam na kilka godz. w przekonaniu, że po tej drzemce na noc już będę musiała wrócić do domu. (W Holandii jeśli wszystko jest w porządku opuszcza się szpital kilka godz po porodzie).
godz 18.00 – przychodzi położna i mówi że zostaję na noc, bo chcą poobserwować jeszcze moje ciśnienie.
Nasz skarb śpi pięknie w szklanym łóżeczku koło mnie więc i ja zasypiam, położna mówi, żebym się nie martwiła, obudzi mnie za 3 godz na kolejne karmienie. Mówi że w razie czego mam dzwonić to zaraz przyjdą i pomogą…
Rano nawet wyspana pakuję się z mężem do domu, położna przychodzi jeszcze pouczyć mnie o antykoncepcji. Dostaję numer tel, na jaki mogę zadzwonić jak tylko coś się będzie z maleństwem działo.
W godzinę po przybyciu do domu przychodzi pielęgniarka/położna, która będzie ze mną 6 dni po 8 godzin, pomaga w domu, sprząta, radzi jak przystawiać dziecko do piersi, kąpać, przewijać nosić, odpowiada na wszelkie pytania, sprawdza codziennie jak się rana po nacięciu krocza goi, sprawdza mi temp. i ciśnienie, ogromna pomoc w pierwszych dniach. (Jedynie za ta usługę zapłaciłam 41 Euro)
Po całym doświadczeniu porodu i tego co mnie po nim spotkało, nie mam obaw co do ponownego zajścia w ciąże. Oczywiście chcę to trochę odłożyć w czasie. Ból był oczywiście nie do zniesienie, jednak cała ta otoczka i miłe słowa osób koło mnie sprawiły, że nie ból pozostał w mojej pamięci, a przyjaźni i mili ludzie oraz atmosfera i nad wyraz ludzkie warunki.
Bardzo bym chciała, żeby każda kobieta miała tak samo miłe wspomnienia z porodu. Aby żadna z nas nie doświadczyła ironicznych uwag ze strony położnych typu „drzyj się drzyj, to i tak nic nie pomoże”, albo „jak dawałaś to nie bolało, a teraz ile musisz cierpieć co …” już nie wspominając o takich, które są złe bo je wzywamy podczas oglądania 15896 odcinka „Szansy na sukces”…. Jeśli któraś z was ma podobne doświadczenia z porodu w Polsce, to proszę o podzielenie się opinia, może z podaniem miasta, będzie to zapewne wielka reklama dla danego szpitala. W głębi duszy ufam, że gdzieś tak jest i że również nie trzeba za to nic zapłacić.
Chylę głowy tym, którzy czytając te moje wypociny dotrwali do końca…
Pozdrawiam
Aischa
środa, 1 grudnia 2010
Mężczyźni, a ich wychowanie - temat z maila
Osoby które doprowadzają nas nie kiedy do prawdziwej furii, do których trzeba mówić prostym, zrozumiałym językiem, bo inaczej nigdy nie domyślą się o co Nam kobietka chodzi :) Tak na nich nie kiedy narzekamy, a jednak nie możemy bez nich żyć :) Pomijając to, że oni bez nas bardziej :) Ale do czego zmierzam... prawda jest taka, że "Czym skorupka za młodu nasiąknie tym na starość trąci", a wiec moje drogie Panie, Nasi mężowie,partnerzy, z którymi decydujemy się związać, już z domu przynoszą pewne nawyki. Prawda jest taka, że jeśli w domu dziecko napatrzy się jak to jest miedzy rodzicami, tak mniej więcej będzie funkcjonować w przyszłości.
Powiedzmy, że przykładowa mama gotuje, sprząta, pierze, prasuje, goni za mężem z obiadkiem, papuciami itd. Podobnie postępuje wobec swojego syna, bo na przykład uważa, że tak trzeba. Pokazuje mu jakie są priorytety, a on też będzie oczekiwał od swojej żony tego samego! Będzie myślał, że tak to jest poukładane w życiu. Najlepiej, gdy owa partnerka, z która właśnie się zwiąże uświadomi go, że tak nie jest... Ale czasem popełniamy ten błąd, że chcemy pokazać jakie jesteśmy dobre, uczynne i robimy wszystko, by się sprawdzić jako kochająca i przykładna żona.
Niestety pewnie wiele z was wie, że później jest gorzej, bo partner przyzwyczaja się do takiego stylu życia i jest mu najwygodniej. A my? Biedne zostajemy ze wszystkimi obowiązkami, a na dokładkę mamy problem jak zagonić męża do pomocy?!
świecie. Wie, że trzeba odnieść buty, czy posprzątać zabawki (czasem to trwa nawet 1,5 godziny co jest meczące, ale wiem ze się opłaci)!
Wiecie dlaczego to pisze? Bo jadąc autobusem natknęłam się na taka sytuacje: Mama z synem (wiek ok 9-10 lat) wysiadają z autobusu (mama obładowana siatkami i plecakiem chłopca), a on jak gdyby nigdy nic bawi się telefonem. Przerażające!
Poza tym mam szerokie grono znajomych, którzy maja już nastoletnie dzieci (głównie chodzi o chłopców), którzy w domu nie potrafią nic zrobić. Mama jest od dosłownie wszystkiego! Ja postanowiłam, że zrobię wszystko, żeby tak nie było. Nie mogę przewidzieć przyszłości, ale będę wiedzieć, że próbowałam!
Często nie zdajemy sobie sprawy z tego jak dużą wartość ma wpajanie już od malutkiego pewnych norm i zasad, chociażby przy głupich sytuacjach, jak np mój syn coś zjadał i dawał mi papierek, a ja nie zwracając na to uwagi.Tup tup tup do kosza, a on sobie siedział na łóżeczku i zajadał! Zmieniłam to (chociaż łatwo nie było). Teraz to on, jak skończy, to wie gdzie trzeba iść, jak zapomni to mu po prostu przypominam.
Ciekawi mnie bardzo Wasz pogląd i opinia na ten temat!
Pozdrawiam Mysza
środa, 24 listopada 2010
Wracam do pracy, czyli jak odstawić 6-miesięczne dziecko od piersi - temat z maila
Za miesiąc wracam do pracy i od miesiąca próbuję odstawić synka od piersi. Nie daję rady. Od miesiąca przeglądam fora, czytam artykuły, rozmawiałam z pediatrą. Wszyscy zgodnie twierdzą że jak wprowadzam inne pokarmy to dziecko samo powinno się powoli odstawiać, ale nie mój syn. Dostaje 2 zupki dziennie, kaszkę na bananach, wszystko ok ale bez cyca nie uśnie. Spokojnie nie uśnie, będzie się darł przez godzinę, a mnie serce pęknie. Żadnego silikonu czy gumy w buzi.NIC NIC NIC.
Jak się urodził nie miałam żadnych problemów z przystawieniem do piersi, z pokarmem, odciągałam też pokarm, ale z butelki ze smoczkiem nie chciał i nie chce pić, kupowałam kilka różnych butelek, smoczków, silikony, uspokajacze, zwykłe gumowe - NIC. Próbowałam też różne mleka bo myślałam, że nie smakuje, ale nawet mojego przez smoka nie wypije. Próbowały też inne osoby go karmić bo ode mnie czuje mleko więc może nie chce sztucznego skoro ma obok cyca. NIC.
Kocham swojego Malca najbardziej na świecie, ale mam już dość siedzenia w domu, braku możliwości wyjścia z mężem na imprezę, ciągłego uzależnienia. A wszyscy pytają - czy naprawdę muszę odstawiać dziecko, bo powinno się karmić min. rok a nawet trzy, co ze mnie za matka, a po co wracam do pracy, powinnam siedzieć z Małym w domu bo on tego potrzebuje Ja wiem, że potrzebuje, ale ja potrzebuję żyć!!! Z babcią krzywda mu się nie stanie, będzie w dobrych rękach a ja od 16-17 codziennie też z nim będę i będę nadrabiać czas! PRZECIEŻ DOBRA MATKA TO SZCZĘŚLIWA MATKA! A to poczucie że on bez cyca nie uśnie, że mnie potrzebuje, wpędza mnie w taki stres że nie wiem co zrobić. A ja już nie chcę karmić piersią, tego jestem pewna. Wygoda wygodą, mogę robić 100 posiłków dziennie, ale nie chcę już dawać cyca. No nic, mam jeszcze miesiąc by zrobić to delikatnie i łagodnie, próbujemy odstawianie dalej :-((((
Rozżalona
niedziela, 14 listopada 2010
Poświęcenie... - temat z maila
To nie jest wstawanie po 15 razy w nocy do głodnego niemowlaka.
To nie są nocne akcje wzywania pogotowia do gorączkującego malucha.
Nie jest to także rezygnacja z imprez, bo nie ma z kim dziecka zostawić, czy rezygnacja z wypicia z mężem butelki wina do kolacji, bo nie daj Boże coś się stanie i telewizja nagłośni, że "dziecko pozostawiono bez opieki, a pijani rodzice urządzili libację" (bo tak właśnie często media rozdmuchują sytuację).
Poświęceniem nie jest nawet rezygnacja z ukochanej pracy zawodowej.
To wszystko to jest nic w porównaniu z ... kinder-balami!
Jezu, ludzie! Każde dziecko jest inne! Czy rodzice nie mają innych tematów niż tylko dzieci? Czy spotkania tego typu mają służyć porównywaniu dzieci? Czy nie lepiej zostawić dzieci same sobie - niech się wspólnie bawią i wzajemnie uczą zachowań współżycia społecznego, aniżeli siedzieć obok i strofować: "nie ubrudź się" (bo oczywiście do piaskownicy dziecko założyło białe rajstopki, sandałki i elegancją sukienusię), "nie jedz chipsów" (ustawiwszy chipsy na stole wysokości 45 cm).
czwartek, 11 listopada 2010
Synek i córeczka - temat z maila
Chciałabym podzielić się z innymi: Jak to jest z dwójką dzieci?
Otóż mam czteroletniego synka i sześciomiesięczną córkę. Synek od początku był (i jest) naszym oczkiem e głowie, a także pierwszym wnuczkiem, siostrzeńcem, bratankiem w rodzinie. Wszyscy go uwielbiają. Więc, kiedy postanowiliśmy z mężem, iż już nadszedł czas na drugie dziecko, nasz synek miał mieszane uczucia: jak to będzie?, czy będzie miał siostrę czy brata?, jak takie dziecko wygląda?
W listopadzie urodziłam śliczną córeczkę (wcześniej dużo z synem o tym rozmawialiśmy) mój synek , z mężem przyjechali do szpitala i było to ich pierwsze spotkanie. Synuś miał mieszane uczucia. Zwłaszcza, że po powrocie do domu mąż wyjechał po dwóch tygodniach w delegację, a ja miałam depresję.
Ciężko było, zwłaszcza synkowi ze mną wytrzymać i przyzwyczaić się do nowej sytuacji.
Ale po trzech miesiącach dzieci nie mogły bez siebie wytrzymać. Kiedy synuś rano wstaje, natychmiast biegnie do siostry, żeby się z nią przywitać, a ona jak go widzi, to głośno krzyczy i uśmiecha się.
Na początku myślałam, że jestem "wyrodną matką", że nie potrafię poradzić sobie z tą sytuacją, ale mój wspaniały synek okazał się nadzwyczaj "dorosły" i rozumiał to, co mu tłumaczyłam, że mamie jest ciężko bez tatusia, że siostra ma kolki i strasznie płacze, a mama już nie ma pomysłów na to jak jej pomóc itp.
W obecnej chwili mąż nadal wyjeżdża w delegacje, ale już dobrze sobie radzimy i nie wyobrażam sobie siebie i naszego domu bez naszych kochanych "robaczków".
Myślimy jeszcze z mężem nad trzecim dzieckiem, ale za kilka lat, jak nasza "dwójka" będzie już chodziła do szkoły. Zobaczymy...............
aga
niedziela, 7 listopada 2010
Miejsca przyjazne rodzinie - temat z maila
piątek, 29 października 2010
... i nie opuści cię aż do śmierci...
czwartek, 28 października 2010
"Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko" - czy aby napewno?? - temat z maila
Chciałam podzielić się z Wami moją refleksją na temat tego, jakże często wykorzystywanego powiedzonka. Kwestia ta zastanawiała mnie jeszcze na długo przed tym jak sama zostałam mamą (mam siedmiomiesięcznego Synka). Od bardzo dawna odnoszę nieodparte wrażenie, że stwierdzenie to bardzo często wykorzystywane jest przez matki do usprawiedliwienia swojego
chronicznego braku czasu dla dziecka lub chęci zajęcia się swoją Latoroślą. Teraz pewnie wiele z Was się obruszy, więc już spieszę z wyjaśnieniami.
Zgadzam się w 100%, że kobieta zaniedbana i sfrustrowana przenosi swój zły nastrój na dziecko. Nie obdarza Go również taką uwagą jak powinna. Ja też muszę/chcę od czasu do czasu naładować akumulatory. Zostawiam wtedy moje Słonko z jego tatą (nawet na parę godzin), a sama idę np. do kosmetyczki, koleżanki czy rzucam się w wir zakupów. I nie ma w tym nic złego - wręcz przeciwnie - uważam, że nie należy za bardzo uzależniać ani siebie od dziecka ani Szkraba od nas. Nie widzę też nic złego w powrocie do pracy (sama zostanę w domu jeszcze tylko przez 3 miesiące). Mam na myśli zupełnie o coś innego - traktowanie dziecka jak przeszkody. Najlepiej będzie jak pokażę to na przykładach z mojego otoczenia.
1. 3-letni Synek mojej koleżanki ma grypę. Zbiegło się to w czasie z naszym wspólnym wyjazdem na kilkudniową zagraniczną delegację. Cóż, sprawa zaplanowana dosyć dawno, dziecko zostaje pod opieką swojego ojca, więc jedziemy. Gdy lądujemy z powrotem w Polsce, ja nie marzę o niczym innym jak tylko o powrocie do domu, do męża (w drodze z lotniska nie było korków, więc jesteśmy w domu wcześniej niż zakładałyśmy - zrobię mu niespodziankę). A co robi moja koleżanka?? Zamiast do domu, do dziecka jedzie do pracy, żeby zobaczyć co słychać i zostaje tam do...19!!!!!
2. W kilkuosobowym zespole opracowujemy ważny projekt. To zadanie wymaga od nas wielkiego zaangażowania i przedłużonych godzin pracy. Udział w zespole jest proponowany przez kierownictwo. Nasz przełożony to osoba bardzo wyrozumiała, więc z oczywistych względów nie proponuje tej pracy dziewczynie mającej ośmiomiesięczne dziecko. Ta jest oburzona i zgłasza
się do projektu na ochotnika... Zaznaczam, że takich "akcji" już troszkę było i dziewczyna miała już szansę się wykazać.
3. Mamy zaplanowane serie szkoleń z zakresu naszej pracy prowadzone przez firmę zewnętrzną. Osoby z tej firmy mogą nas szkolić tylko w czwartki (w godzinach naszej pracy) bądź w soboty. Oczywiście prawie wszyscy jesteśmy za czwartkami. Wyjątek stanowią 2 osoby, które chcą się
spotykać w soboty. Jedną z nich jest matka małej dziewczynki...
Przykłady mogłabym mnożyć. Wszystkie te dziewczyny twierdzą, że "nie liczy się ilość, ale jakość czasu spędzona z dzieckiem". I oczywiście poniekąd jest to racja. Ale tylko poniekąd. Ja nie potrafię zrozumieć przejawów "nadgorliwości". Pomimo, iż sama jestem osobą ambitną, mam za
sobą kilka awansów, to teraz dziecko jest bardzo ważne! I na pewno nie będzie mnie tam gdzie nie będę niezbędna, na delegację nie zgodzę się jeszcze przez jakiś czas, gdy dziecko będzie chore to będę robić swoje i w te pędy wracać do niego. Wcale nie trzeba popadać w skrajności. W
macierzyństwie, jak w całym życiu, potrzebny jest zdrowy rozsądek i równowaga.
pozdrawiam wszystkie Mamy,
mama Robaka
niedziela, 24 października 2010
Adopcyjna niegrzeczna mamuśka ;) - temat z maila
Jestem mama dwóch skarbów. Dzieci nie urodziłam sama, ale są moje, moje i tylko moje (no i męża ;)) Wyczekane, wymarzone, kochane, najpiękniejsze, najsłodsze, naj... Ale mam to samo co Wy... (choć w mniemaniu niektórych ludzi nie powinnam tak mieć, bo przecież decyzja o dziecku była tak przemyślana, że bardziej się nie da) ;))
Nawet nie wiecie jak zrobiło mi się lżej na sercu, jak poczytałam Wasze wypowiedzi, że macie czasem dość, że jesteście zmęczone, że nie macie czasu na swoje przyjemności itp, itd... Ale chodzi mi o to, że mnie nigdy nie wypadało narzekać, bo przecież - jak kiedyś usłyszałam po jakimś tam moim marudzeniu, że jestem zmęczona - że ..."po co brałam dzieci, jak teraz narzekam".
Ale teraz już wiem, że mam prawo czasem mieć wszystkiego dosyć (łącznie z dziećmi ).
A tak chwaląc się już moimi skarbami to mają teraz 7 i 3 latka, ale każde z nich trafiło do nas gdy mieli kilka tygodni i czasem leżąc wieczorem i myśląc o życiu muszę sobie przypominać, że są adoptowane, bo na co dzień są po prostu NASZE ( choć wiedzą, że nie ja ich urodziłam )
Pozdrawiam wszystkie mamy ;)
aiw11
piątek, 22 października 2010
(NIE)kazda matka wykarmi - temat z maila
Kochane niegrzeczne mamuśki
Z całego serca dziękuje wam za posty o terrorze laktacyjnym I historie, ze nie każda matka wykarmi swoje dziecko. Poryczałam się jak bóbr. Mój synal ma już ponad rok, oczywiście jak większość byłam zdecydowana na karmienie piersią, butelkę miałam jakaś tam na wszelki wypadek.
Pierwsze przystawienie do piersi tuz po prawie 24godzinnym porodzie i szok!!! To boli! To jest nieprzyjemne, czuje dreszcze na całym ciele i mam gęsia skorka. Dziecko nie ma zębów, ale dziąsła twarde jakby było ich co najmniej po sześć z każdej strony.
Teoretycznie położna pokazuje i jak przystawiać, teoretycznie wszystko gra i jest w porządku i przystawiamy się super, mleka jest dużo (?), a synal super ciągnie. Co z tego jeśli mnie boli dalej, piersi mam poharatane, krwawiące, a przy każdym karmieniu dreszcze z bólu i dreszcze na sama myśl o kolejnym karmieniu za dwie trzy godziny. Czuje się chora, płacze z bólu, frustracji i bezsilności. Dziecko pluje krwią po karmieniu.
Mój mąż nie wytrzymuje, pewnej nocy o godz 24 jedzie do Tesco po butelki, mleko modyfikowane i kapturki na piersi.
Kapturki nieco pomagają, już tak nie boli, piersi się goja.
"I co z tego" powtarza się po raz kolejny. Dziecko jest karmione przez ok 45 minut za każdym razem, co około 3 godziny. "To niemożliwe żeby tyle ciągnął, dziecko najada się w 10 minut" wyrokuje moja przyjaciółka. Ja oglądam po kolei cala serie Twin Peaks, Przystanek Alaska, Ally McBeal itd...... pól dnia schodzi mi na karmienie, a z każdą wizytą i ważeniem synal jest na coraz niższym centylu.
W końcu jak w 8 tygodniu z centyla 50 w dniu urodzenia dobijamy do 3, buntuje się i mowie ze coś jest nie tak i co to tu kurde chodzi?! Mam dokarmiać sztucznie. Po każdym jedzeniu dostaje butle, wypija dodatkowo około 120ml (!!!!!). w końcu nie płacze w każdej minucie w jakiej nie śpi, zaczyna przybierać na wadze, w rekordowym tygodniu 440g!!! W kilka tygodni wracamy na centyl 50 - 75 i tak jest do dzisiaj. Dziecko szybko odmawia cyca, butelka się wreszcie najada.
Ja rzygam teoriami na temat jakie to „niezbędne, absolutnie konieczne do rozwoju i szczęśliwego dzieciństwa” jest karmienie piersią i, że „każda matka swoje dziecko wykarmi”. To najgłupsze frazesy jakie słyszałam.
Długo miałam wyrzuty sumienia, ze nie dałam rady, ze nie będzie tej bliskości, ze na pewno będzie alergikiem, astmatykiem i chorował co 5 minut.
Dziś ma 14 miesięcy, raz było zapalenie oskrzeli w wieku 13 miesięcy i 4 dni antybiotyku – moim zdaniem ze zbagatelizowanego i niedoleczonego kataru (usłyszeliśmy ze to wirus i sam przejdzie) .
Dziękuję wam za te posty, bo wciąż jeszcze potrzeba mi wsparcia, ze jestem normalna matka a mojemu dziecku nie wyrządziłam nieodwracalnej krzywdy, bo nie karmiłam piersią.
Ciesze się ze nie doszło do sytuacji, o jakiej piszecie w swoim poście „każda matka wykarmi swoje dziecko”, ciesze się, ze zaprotestowałam wcześniej.
Pozdrawiam
Iza
wtorek, 19 października 2010
Złamane serce matki - temat z maila
Koszmarny tydzień zaczął się ohydnym poniedziałkiem , trwał fatalnym wtorkiem, żeby osiągnąć apogeum jako odrażająca środa, która jest odrażająca z założenia, jako że nastąpi jutro. Dlaczego ? Nie mam gdzie posłać dziecka . Wypowiedziano mi umowę w przedszkolu z natychmiastową klauzulą wykonalności . Kazano zabierać swoje rzeczy (kapcie, dziecko, skarpetki, rzeczy na zmianę). Kazano się wynosić, cyt. ''proszę się wynosić z mojego terenu i zabierać swojego dzieciaka'', (mojemu synkowi i mi) podczas, gdy on stał z boku i słuchał, a jest poniekąd dość wrażliwym czteroletnim chłopczykiem.
Pani Agnieszka, dyrektorka przedszkola, 1,50 cm urosła zapewne w swoich oczach takim zachowaniem . Tak się kończą rozmowy rodziców z nauczycielami. Cierpią dzieci.
Wrotek jest dość kreatywnym dzieciakiem, umówmy się - trudnym, ponad przeciętnie inteligentnym bachorem. Praca wychowawcza nad nim jest trudna, gdyż azali moje dziecię jest bytem dominującym. Najbardziej smuci go fakt, że nie ma władzy nad światem, panią w przedszkolu, mamą w domu, panią na ''kulkach ''. Jest dobrym negocjatorem i zjada przedszkolanki na śniadanie . Klasycznie współczuje słabszym, ma w sobie wysokogatunkowy zalążek kultury osobistej.
I teraz ja się pytam, jak u diabła babiszon ''peda-gog '' może deprymować moje dziecko tylko dlatego, że nienawidzi jego matki od pierwszego wejrzenia. I to z nią ma zatarg, nie z dzieckiem. Jak może obniżać poczucie własnej wartości małego chłopca, który po całej sytuacji płacze przez tydzień i nie rozumie, że nie pójdzie do (fikcyjna nazwa ''ślimaczków'') jak co dzień się bawić. Wrotek budzi się w kilka razy w nocy i pyta dlaczego kazali mu wyjść, skoro najpierw pozwolili mu się bawić zabawkami, a potem nagle w atmosferze totalnej psychozy wywalili. No nie pyta ''tak'', ale taki jest sens ogólny. A ja całuję jego idealne bose stopy, śmierdzące od dreptania i nie wiem co mu odpowiedzieć.
Swoją droga nie wiecie czy anty reklama tej pożal się Boże placówki przedszkolnej jest legalna? Czy uważacie że trzeba ostrzegać inne kobiety przed konkretnym przedszkolem? Czy siedzieć cicho, nie jątrzyć i przełknąć gorzką pigułkę?
Złamane serce matki .
Ps. zaznaczam, że chodzi o małe przedszkole prywatne i kwintesencją konfliktu jest to, że rozmawiałam z mamą innego dziecka, która poinformowała mnie, że jej córa wracała do domu z przedszkola poobijana. I istniało ryzyko, że przedszkolanki nie pilnują dzieci, więc grzecznie poszłam to wyjaśnić z Panią A., której odwaliło w wyżej wymieniony sposób i uznała to jako obrazę godności przedszkola i jego dobrego wizerunku. Pomówiła mnie i mamę tej dziewczynki o spisek mający na celu zniszczenie reputacji przedszkola. Opisana sytuacja miała miejsce o 7:15 rano, tuż przed moim wyjściem do pracy.
czwartek, 14 października 2010
O tym co każdy rodzic wiedzieć powinien
Mam szansę świętować drugie, trzecie i kolejne urodziny mojego dziecka, bo już przed jego przyjściem na świat przeczytałam dokładnie w książce o rozwoju rozdział o pierwszej pomocy niemowlętom i dzieciom w nagłych wypadkach.
Jeśli nie omawiałyście tego z położną w szkole rodzenia, nie byłyście na kursie pierwszej pomocy ani nie znacie schematu postępowania w przypadku zakrztuszenia, zajrzyjcie tu:
Pierwsza pomoc przy zakrztuszeniu - niemowlę
Pierwsza pomoc przy zakrztuszeniu - dziecko powyżej pierwszego roku życia
Nikomu nie życzę, żeby musiał z tej wiedzy korzystać, ale te informacje mogą uratować życie Waszego dziecka albo jakiegokolwiek innego, które w Waszej obecności będzie potrzebować pomocy.
I nie łudźcie się, że możecie ustrzec swoje dziecko przed każdym wypadkiem. Mój synek zadławił się kawałkiem jedzenia, które dostał z mojej ręki, kiedy ja byłam nie dalej niż trzydzieści centymetrów od niego.
środa, 6 października 2010
Znieczulica masowa
***
Jestem przerażona tym jak ludzie są bezduszni.
Stałam dziś w okolicach 17.30 w kolejce w markecie.
Kolejka duża, przy każdej kasie taka sama.
Kas uprzywilejowanych brak. Nie żeby były zamknięte. Ich po prostu nie ma.
Stoję jako powiedzmy 8 w kolejce. Z Kubą w wózku. Przede mną osoby albo bardzo młode (18l) albo Panie około 40. Za mną chłopak w okolicach 30 przegląda płyty (kolejka sięgała półek z płytami).
Idzie matka z dzieckiem na oko miesięcznym w gondoli.
Staje na końcu kolejki.
Czekam minutę aż ktoś (ktokolwiek!!!) ustąpi jej miejca.
Najzwyczajniej w świecie nie przyszło mi do głowy że mając 18 lat można nie pomyśleć o tym że może możnaby cholera przepuścić kobietę z dzieckiem która ma w koszyku na boga 5 produktów!! No dobrze, może oni, ci 18-latkowie nie wiedzą nic o macierzyństwie. Ale Panie koło 40 rozmawiające przez telefon ze swoim wnuczkiem (akurat się złożyło) ?? Nie, nikt sie nie odezwał.
Każdy jakoś nie zauważał bardzo widocznie wlepiając wzrok w jakiś punkt, najczęściej podłogę.
Pani było głupio.
Widać było.
Bardzo.
Na moją propozycję żeby przeszła na początek kolejki odpowiedziała że nikt jej tam nie przepuści. Że jak ona była w ciąży to przepuszczała małe dzieci ale ludzie niestety nie potrafią. Na moją prośbę przepuszczenia przede mnie broniła się że mała nie płacze. I co z tego!!??!! W końcu musiałam jej właściwie uprzejmie rozkazać żeby przede mnie weszłą bo ja przepraszam nie byłabym w stanie w lustro spojrzeć gdyby nie przeszła. Kiedy ja ją przepuściłam chłopak za mną zrobił głęboko urażoną minę, natomiast dwie panie przede mną nagle zauważyły małe dziecko i poprosiły żeby przeszła przed nie. Czyli że jeszcze 6 osób przed nią. Za 5 minut (tak, pani wolno skanowała produkty) kolejna Pani bardzo widocznie przestała udawać że nie widzi. W ciągu tych 5 minut Pani z małym dzieckiem pogawędziła sobie z dwiema Paniami przede mną o tym że kolejka wolno idzie i brak kas dla dzieci. Potem okazało się jakoś dziwnie że dwie kolejne osoby przepuściły Panią z małym dzieckiem i udało się jej wyjść zanim dziecko zażądało natychmiastowego karmienia.
Czemu tak ciężko powiedzieć te parę słów. Czemu ludzie reagują dopiero kiedy dziecko już płacze. Czy nie lepiej to zrobić ZANIM zacznie płakać? Czy nie lepiej okazać trochę serca? Nie chce współczucia. Nie chcę zrozumienia. Nie chcę cholera jasna padania na kolana przed matki z małymi dziećmi i modlenia się do nich. To tylko cholerna kolejka w sklepie. I naprawde te matki potem śpieszą się żeby ci którzy je przepuścili nie zauważyli nawet że ktoś przed nimi stanął.
piątek, 1 października 2010
Newsweek - Francuska miłość
Im częściej okazujemy dzieciom pobłażliwość i czułość, tym gorzej dla nich. Przynajmniej tak uważa wielu Francuzów.
W pogodne popołudnie jadłam obiad w eleganckiej restauracji na francuskim wybrzeżu Atlantyku. Białe obrusy, przystojni kelnerzy, w menu głównie owoce morza. Przy stoliku obok siedziała para z dzieckiem, około 2,5-letnią dziewczynką. Dziecko nie tylko nie korzystało ze specjalnego krzesełka dla maluchów, lecz także uczestniczyło w ciągnącej się przez prawie dwie godziny uczcie. Dziewczynka nie radziła sobie jedynie z krojeniem półkrwistego steku. Resztę obiadu zjadła samodzielnie. Żadnego marudzenia, rzucania frytkami w innych gości czy prób włożenia lalki Barbie do akwarium z homarami.
We Francji dobre maniery nie tylko przy stole to u przedszkolaków norma. Cudzoziemcy często się śmieją, że małych Francuzów widać, ale nie słychać (chyba że na placu zabaw, gdzie rodzice pozwalają pociechom się wyszaleć). Mało kto tam uznaje – inaczej niż w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy także w Polsce – że dzieci muszą odkrywać świat po swojemu i na przykład jeść rękoma, sprawdzając przy okazji, czy spaghetti dobrze przykleja się do stołu. Podstawą tradycyjnego francuskiego wychowania jest tzw. zimny wychów. I to być może jeden z najważniejszych powodów, dla których rodzi się tam najwięcej dzieci w Europie.
W pupę albo w twarz
W okolicach Ogrodu Luksemburskiego, ulubionego miejsca spacerów paryżan, widziałam matki albo opiekunki dające klapsy albo policzkujące niesforne szkraby. Nikt wokół się nie oburza ani nie protestuje. W dzielnicy Montmartre na stromych schodach prowadzących do bazyliki Sacré Coeur można zobaczyć dorosłych idących przodem, a za nimi gramolące się z trudem dwulatki, którym rodzicielka w ogóle nie pomaga, jedynie od czasu do czasu pokrzykuje: „Dépêche-toi!” – pospiesz się.
Wielu Francuzów uważa, że oschłe traktowanie i utrzymywanie dyscypliny to najlepszy sposób okazania dziecku miłości, a nawet rodzaj cywilizacyjnej misji. – Niestety, wraz z ekspansją społeczeństwa konsumpcyjnego ta tradycja znika. Dzieci – jak w innych krajach – stają się królewiątkami, wokół których kręci się życie rodziców. Kiedyś dzieci wiedziały, że nie można mieć wszystkiego; dziś uważają, że do wszystkiego mają prawo, i to natychmiast – mówi w rozmowie z „Newsweekiem” dr Aldo Naouri, pediatra i psycholog, którego książki o wychowaniu są nad Loarą bestsellerami. Jego ostatni poradnik „Wychowujecie dzieci. Od dzisiaj” sprzedał się w 150 tysiącach egzemplarzy. Naouri każe rodzicom zapomnieć o radach z amerykańskich seriali o partnerskim i bezstresowym wychowaniu. – Frustrujcie swoje dzieci – radzi, twierdząc, że niedobory, braki, zakazy są motorami działania dziecka nieodzownymi dla jego rozwoju.
Tato ma zawsze rację
Zalecenia dr. Naouriego można uznać za kwintesencję tradycyjnego wychowania à la française. Na używanie smoczka, butelki i zabieranie ze sobą ukochanej przytulanki można dziecku pozwolić najwyżej do 2,5 roku. Inaczej nie będzie się rozwijać, tylko mentalnie tkwić w niemowlęctwie. Co więcej – wbrew zasadom głoszonym przez wielu innych psychologów – Naouri zakazuje wyjaśniania maluchowi motywów naszego postępowania. – Zbyt często „tłumaczenie” zmienia się w „tłumaczenie się” – twierdzi Francuz. – Rodzic powinien być przewodnikiem dziecka, a nie jego wyrośniętym kumplem.
Zdaniem Naouriego, żeby dziecko naprawdę mogło na rodzicach polegać i ufać im jako autorytetom, musi wiedzieć, że w rodzinnej hierarchii znajduje się na dole. Ma wówczas motywację, by się starać, by się wspinać, pokonywać progi i dorastać. – Rodzice dziś są zbyt niepewni siebie – dodaje Naouri. – Nie wymagają, bo się boją, że zostaną znienawidzeni. To bzdura. Bez względu na to, co robią rodzice, dzieci i tak będą ich kochać. Nie mają wyboru.
Brzmi to dość szokująco, szczególnie dla Polaków, którzy przyzwyczaili się już do myślenia typu: od kiedy jesteś na świecie, wszystko kręci się wokół ciebie, wszystko, o czym myślę, wszystko, co czuję, pragnę dać ci wszystko, co najlepsze. To wyznanie mamy z reklamówki firmy Hipp, która sprzedaje produkty „dla najważniejszych na świecie”. – Jesteśmy dziś przesiąknięci ideologią miłości. Są nawet psychologowie, którzy uważają, że wystarczy dzieci kochać, nie trzeba wychowywać. To bardzo szkodliwe przekonanie. Dzieci potrzebują ograniczeń, czasem ostrych reguł, które pozwolą im zrozumieć świat – mówi „Newsweekowi” Caroline Thompson, francuska psycholog i autorka książki „Przemoc miłości”.
Ten tytuł to esencja jej poglądów: Thompson uważa, że ślepa miłość rodzicielska jest formą przemocy wobec dziecka, odbierającą mu bodziec do rozwoju i dorastania. – Miłość i nienawiść są blisko powiązane, często jedno przechodzi w drugie. To są uczucia, które każdy człowiek musi umieć przeżywać. Tymczasem dzisiejsi nowocześni rodzice nie chcą się nawet przyznać, że czasem są na dzieci zwyczajnie wściekli. Próbują tylko kochać, kochać coraz mocniej: rozsądek znika w natłoku emocji, a rodzicielska miłość przypomina namiętność – mówi Thompson. Taki zakochany rodzic nie może oczywiście wychowywać dziecka, besztać go i przywoływać do porządku. Zostaje jego przyjacielem, zaciera różnice między pokoleniami i pozbawia dziecko oparcia. Bo surowy rodzic jest oparciem. Jest dorosłym, tym, który wie i rządzi. Do takiego dziecko przychodzi po radę, przy takim czuje się bezpiecznie.
Matki psychopatki?
Czy jednak kontrrewolucja ogłaszana przez Naouriego i Thompson jest we Francji potrzebna? Francuskie matki w przeciwieństwie do Polek nie mają poczucia winy z powodu niepoświęcania dziecku wystarczającej ilości czasu, bo wracają do pracy najczęściej po trzech miesiącach po porodzie. Odsetek kobiet karmiących piersią należy do najniższych w Europie. Według danych zebranych przez Komisję Europejską tylko 62 proc. francuskich noworodków otrzymuje mleko matki (w Polsce – 90 proc.). W trzecim miesiącu życia przeciętne niemowlę trafia do żłobka, 93 proc. trzylatków i spory procent dwulatków chodzi do tzw. écoles maternelles (przedszkoli), a po zajęciach odbierają je niańki, często zagraniczne studentki bez referencji.
Ale dopiero przypadek Rachidy Dati, do niedawna minister sprawiedliwości, dziś eurodeputowanej, wywołał dyskusję nad Sekwaną. Znana z urody i zamiłowania do kreacji Diora 43-letnia pani minister urodziła córkę Zohrę (poród odbył się przez cesarskie cięcie), a pięć dni później w eleganckiej sukience i szpilkach pojawiła się w pracy. Zamiast maleństwa zaprezentowała dziennikarzom nienaganną figurę, fryzurę oraz makijaż. – Bogini wyzwolonych kobiet – pisały na forach internetowych jedne Francuzki. Inne krytykowały ją, ale nie tyle z uwagi na ciężki los maleńkiej Zohry, ile raczej własny, przewidując, że z powodu postępowania pani minister ich szefowie zaczną wymagać powrotu do pracy nie po 2-3 miesiącach od rozwiązania, ale tuż po opuszczeniu porodówki. Na polskich forach zawrzało. „Na gilotynę z tą pracoholiczką!” – brzmiał jeden z wpisów.
Przypadek Dati to oczywiście skrajność, ale pewne jest, że we Francji życie zawodowe i prywatne rodziców jest co najmniej równie ważne jak potrzeby dziecka. Świeżo upieczeni rodzice nie rezygnują z wieczornych wyjść ani z wakacji. Ufają też publicznym instytucjom, dlatego nie wahają się zostawiać maluchów na cały dzień w żłobkach, przedszkolach i świetlicach.
Dziecko to nie inwestycja
Być może ta francuska nieczułość to jeden z powodów, dla których przyrost naturalny we Francji jest najwyższy w Europie (ex aequo z Irlandią). We Francji na jedną kobietę przypada średnio dwoje dzieci (w Polsce 1,27). Demografowie chętnie tłumaczą dużą skłonność Francuzów do rozmnażania jedną z najhojniejszych na Starym Kontynencie polityk rodzinnych. Na przykład becikowe wynosi we Francji prawie 900 euro (w Polsce – cztery razy mniej), comiesięczny dodatek na dwoje dzieci sięga 124 euro, za troje – wynosi 282 euro. Wielodzietne rodziny (z co najmniej trójką dzieci) oprócz zasiłków mają wiele przywilejów, np. prawo do ulg za przejazdy środkami transportu publicznego.
Podobnie hojna polityka rodzinna nie zadziałała jednak ani w Niemczech, ani na Węgrzech. Wysoki przyrost naturalny odnotowuje Irlandia, ale tam szczodrość świeżo wzbogaconego państwa wobec młodych rodziców zbiegła się z tradycyjnym, katolickim podejściem do kwestii rodzinnych. Natomiast Francja od wieków jest laicka, ma liberalne przepisy aborcyjne, prawie co druga kobieta używa pigułek hormonalnych. Ale to tutaj posiadanie dzieci jest częścią uznanego stylu życia i miarą sukcesu. Francuzi dzieci nie uwielbiają – oni je lubią, a ich pojawienie się uważają za naturalną część życia, a nie rewolucję.
W Polsce czy we Włoszech, gdzie przyjście na świat dziecka najczęściej oznacza całkowitą zmianę stylu życia, kilkuletnią przerwę w karierze, podróżach i życiu towarzyskim, przyrost naturalny należy do najniższych w Europie. – Jeśli chcemy dziecko wychować perfekcyjnie i zaspokoić wszystkie jego potrzeby, najczęściej możemy mieć tylko jedno – tłumaczy psycholog Caroline Thompson. To z powodu podejścia do dziecka jak do wielkiej inwestycji mamy ich coraz mniej.
Ale dzieci kosztują naprawdę – powie ktoś. Owszem. Jednak sami napędzamy ten system, chcąc dać im wszystko. Naouri krytykuje huczne urodziny dla maluchów, góry prezentów i natychmiastowe spełnianie marzeń. – Wśród moich pacjentów – mówi – coraz więcej jest małych obsesjonatów. Nie zasną bez cukierka, nie przeżyją dnia bez nowej zabawki, nie potrafią czekać, znieść nieprzyjemności. Koszmar – pediatra kręci głową.
Cóż, jeśli Francuzi oprą się trendowi rozpieszczania dzieci i dalej będą rozmnażać się tak chętnie jak dotąd, w 2050 roku czeka ich nagroda. Zdaniem wielu demografów staną się najliczniejszym narodem Europy.
Artykuł znaleziony tu.
poniedziałek, 27 września 2010
Toys for boys
Ale nie o tym miało być.
Chciałam pisać o bólu istnienia w reakcji na skomplikowany problem życiowy.
Już wyłuszczam, o co mnie chodzi.
Zapragnęłam nabyć drogą kupna zabawkę dla Syna. Skończył już roczek, więc myślałam o czymś stumulującym intelekt, równowagę, ogólny rozwój motoryczny, wrażliwość muzyczną, uczącym czterech języków, ćwiczącym chwyt pęsetowy i wspomagającym apetyt. Bez durnych melodyjek. W miarę tanim.
Udałam się więc do wielkiego salonu z zabawkami i już na progu zamarłam.
Wielki wybór, piętnaście rzędów półek, feeria kolorów, dziesiątki symboli wskazujących jaką to cenną umiejętność nabędzie moje dziecko, kiedy naciśnie zielony guzik albo pociągnie za żółtą wajchę.
To za dużo dla dziecka komunizmu. Nie dałam rady. Wyszłam.
Problem może dotyczy zabawek, ale zabawny wcale nie jest - ja naprawdę nie potrafię nic dziecku kupić! Większość zabawek wydaje się absolutnie kretyńska, a gdy patrzę na te w miarę normalne, to mam wrażenie, że wcale Filipa nie zainteresują. Zupełnie nie potrafię się wczuć w rozrywkowe potrzeby roczniaka.
Owszem, zdarzają mi się przebłyski pragmatycznego geniuszu i bawimy się tym, co akurat znajdzie się pod ręką (już o dawna). Wczoraj na przykład przekładaliśmy makaron z garnka do garnka, a dziś ciągałam Młodego po podłodze na zabranym z suszarki ręczniku. Jednak czasami nic nie działa tak dobrze jak zabawka ZE SKLEPU. Taka made in China, a nie in Italia (penne).
To właśnie zamachanie przed nosem zabawką najskuteczniej kończy inspekcję toalety (sprawdźmy, jak głęboko uda mi się włożyć rękę...) lub sedesowy mord rytualny przez podtopienie (sprawdźmy, ile gumowych zwierzątek uda się zmieścić w kibelku...).
Wiem, mogłabym przeszukać czeluści internetu i znaleźć coś fajnego, ale czasu ostatnio brak. Zwracam sie więc z uprzejmą prośbą do mam z blogosfery - Czy możecie coś polecić? Co było/jest hitem wśród Waszych roczniaków? Co Wasze dzieci zajmuje na dłuższą chwilę na tyle skutecznie, że możecie nie tylko wziąć przysznic, ale nawet jeszcze po nim skorzystać z toalety (najpierw, rzecz jasna, opróżniwszy ją z gumowego ogrodu zoologicznego)?
Zainspirujcie mnie, drogie Mamy. Jest szansa, że dzięki Wam Filippo poszerzy swoje horyzonty o tematy pozasedesowe.
piątek, 24 września 2010
Terror laktacyjny raz jeszcze
http://dziendobrytvn.plejada.pl/26,37760,news,,1,,laktacyjny_terror,aktualnosci_detal.html#autoplay
Nie powiedzialam wiele, nie bylo czasu/zzarl mnie stres(jestem totalnie niemedialna, a majac obok siebie biegajaca wokol corcie - stres murowany :D)
Nie poruszylam wielu kwestii.
Nie powiedzialam o OLBRZYMIEJ roli partnera
Nie powiedzialam o kulcie stwierdzenia 'KAZDA MATKA WYKARMI SWOJE DZIECKO',
Nie powiedzialam o tym ile szczescia dala Tacie Oli mozliwosc karmienia jej, o wiezi ktora miedzy nimi sie stworzyla
Nie powiedzialam tez ze Ola to zdrowa, silna i madra dziewczynka, mimo oslawionych opinii o nizszym ilorazie inteligencji dzieci karmionych sztucznie.
Nie powiedzialam tez ze minely jej nietolerancje na bialko, nie jest na nic uczulona, je zdrowo i zdrowo rosnie :)
Nie powiedzialam tez o tym ze sa tez i takie osoby ktore nekaja nas - kobiety ktorym to karmienie naturalne nie wyszlo, a pozniej siedza z dziecmi w knajpach typu mocny fast food objadajac sie hamburgerami. Czy to jest zdrowe? Gdzie tym razem pojawia sie ich wspanialomyslnosc dot. karmienia?????
A tak nawiasem mowiac? Sa jeszcze ludzie ktorzy wierza w to ze mleko sztuczne obniza poziom inteligencji?Jakim miernikiem mozna okreslic iloraz inteligencji majac podana jedynie jedna skladowa jaka jest karmienie????
Czy my idac ulica jestesmy w stanie stwierdzic ktora osoba byla karmiona mlekiem matki, a ktora mlekiem modyfikowanym? Czy w Waszych zakladach pracy/szkolach/srodowisku jestescie w stanie okreslic kto jak byl karmiony? Bo ja tego nie potrafie,
Pokarm Matki niewatpliwie jest bardzo wartosciowy, ale inteligencja to tez geny, to wychowanie, wyksztalcenie etc. Nie dajmy sie zwariowac!!!!
A.
wtorek, 21 września 2010
Fascynująca kupa - temat z maila
niedziela, 12 września 2010
:) - temat z maila
A teraz parę słów o mnie
Może nie jestem za młoda, córę urodziłam mając 26 lat, ale na pewno czuje się bardzo młodą mamą. Długo staraliśmy się o dziecko więc jest ona wyczekana, wychuchana i wyprzytulana. Było też trochę komplikacji i strach o życie małej. Pewnie dlatego teraz każdą chwilę chcę spędzać przy małej, wszędzie ją zabieram i ciężko mi jest patrzeć jak jest choćby na rękach u babci lub nawet taty. A już na pewno nie wyobrażam sobie zostawić córy pod opieką osób trzecich przez pewnie najbliższy rok ;)
No i czemu każdy uważa mnie za wariatkę?? Że nie wykorzystam okazji iż mieszkamy z rodzicami żeby wyjść do kina lub na piwo.
Może to i dziwactwo, ale wole obejrzeć film na dvd niż myśleć czy coś się złego nie dzieje.
Popełniam pewnie wszelkie możliwe błędy, ale jest mi z tym dobrze :) Córa śpi z nami w nocy - zauważyłam że śpi wtedy 5 godzin, a w łóżeczku najwyżej dwie. Ma mnóstwo niepotrzebnych zabawek i ubranek. Przestałam karmić piersią i dzięki temu przeszły kolki, a ja jestem też szczęśliwa, że jem coś więcej niż kurczaka i marchewkę. Córa jest ciągle noszona, kołysana i przytulana. Nie boję się, że się przyzwyczai bo obie to lubimy. Używamy chusteczek do wycierania pupy, bo to oszczędza czas i nie bawimy się w mycie mydłem i wodą. Polubiłyśmy smoczek... i pewnie jeszcze dużo innych rzeczy mało wychowawczych :D
No a że czasem mam ochotę zaszyć się w koncie i płakać godzinami to nie znaczy, że nie jestem najbardziej szczęśliwą mamą na świecie :D
Pozdrawiamy inne zwariowane mamy
Joanna z Gabrysią
środa, 8 września 2010
Zła matka - temat z maila
Kluska ma 9 m-cy i przez tez czas jej mamunia przeszła przez wszystkie możliwe atrakcje związane z macierzyństwem w Polsce. Dobra nie wszystkie - poród miałam lekki, wesoły, za darmo, z mężem, który był przy porodzie i potem mógł być ze mną w szpitalu przez 3 dni w pokoju (bezpłatnie) i cudowną położną (tak się trafiło).
Ale następnie - dziecko na OIOMie, terror laktacyjny (pielęgniarki szarpiące sutki, ściągające mi koszulę w szpitalnym pokoju, każda z nich z innym podejściem i wykluczającymi się radami), depresja poporodowa przez 6 m-cy, setki "dobrych rad".
Szczerze mówiąc to chciałam wydrukować ulotkę i rozdawać przy każdej próbie głupiego komentarza. Podstawowa wersja wyglądałaby mniej więcej tak:
1. Nie karmiłam piersią, bo
a) moje dziecko nie umiało chwycić piersi
b) było to dla mnie bardzo nieprzyjemne,
c) nie uważam aby moje łzy były konieczne dla Kluski dobrego rozwoju
2. Pomimo, że nie karmiłam piersią:
a) moje dziecko jest zdrowe (ani mini katarku przez 9 m-cy)
b) moja więź z dzieckiem jest prawidłowa
c) dziecię cudownie się rozwija
3. Dzięki temu, że nie karmiłam piersią:
a) mój mąż czuł się bardziej zaangażowany (uwielbia ją karmić)
b) mieliśmy przespane noce (spała całą noc mając miesiąc)
c) byłam spokojna i miałam czas na dojście do siebie (w tym na zapalenie papierosa na balkonie jak już czułam że nie wyrabiam - szczerze mówiąc pierwszy papieros po porodzie był jak powrót do życia, nektar i ambrozja). A co. Tak było i już.
4. Nie przegrzewam mojego dziecka. Nie zakładam jej skarpet w domu, nie zakładam czapki kiedy jest ciepło. W sierpniu podczas spacerku pewna pani zaczęła na mnie krzyczeć "dziecko nie ma czapki!!! Co pani sobie myśli!!" Było 27C. Zapytałam "czemu Pani nie ma czapki?" Dzięki temu patrz pkt 2a i 2c.
5. Daję jej do jedzenia słoiczki, bo nie umiem i nie lubię gotować. Nie trzymam się sztywno zaleceń z żadnych tabelek - znam zalecenia, ale modyfikuję je bo tylko ja znam moje dziecko i wiem na co jest gotowe.
6. Od początku jak potrzebowałam wtryniałam dziecię tatusiowi - dzięki temu mają cudowną więź a ja czas dla siebie. I mogę wyjść wiedząc, że mój mąż wie co ma jej dać jeść, w co ubrać i gdzie to leży, jak się z nią bawić, zawsze to on ją kąpie i usypia - to są ich wyjątkowe chwile.
7. Niczego nie prasuję. Nienawidzę, nie mam żelazka, nie zamierzam go kupić.
8. Piorę Kluski ciuszki w tym samym proszku i płynie co nasze. Nie ma alergii więc nie będę wydawać 2x tyle.
9. Pozwalam jej nabijać sobie siniaki przy próbach eksploracji najbliższej przestrzeni a nie trzymam jej w kasku i kombinezonie z folii z bąbelkami.
10. Nie czuję się winna, gdy mówię, że mam jej czasem dość i chciałabym chwilę oddychnąć. Nie czuję się winna, że nie jestem idealna.
11. Kocham moją córkę straszliwie. Ale też kocham mojego męża i będę zawsze dbała aby nasz związek był silny, bo uważam, że Kluska nauczy się więcej o miłości patrząc na szczęśliwych, zakochanych w sobie rodziców niż na kwoczącą nad nią matkę.
Buziaki Niegrzeczne matki.
Jagoda
środa, 1 września 2010
Nie dla Schabowego!
Jestem na bieżąco - szukac przedszkola dla 1,5 rocznej Mrówki. Mam kilka rzeczy na których mi zależy - blisko domu, miłe panie, sprawdzone, angielski itd. Po researchu dopisuje kolejne wymaganie: zdrowe jedzenie! I wcale nie mam jazdy na eko - wręcz przeciwnie chce żeby jadła marchewkę z supermarketu - ale nie zgadzam się na schabowego, paluszki rybne (czytaj panierowane oraz smażone), pączki, słodycze itd itp. Przecież to najgorsze co można dzieciom dawać do jedzenia - niezdrowe, tłuste, przetworzone, bez wartości odżywczych. Dietetycy zalecaja gotowane na parze, pieczone, duzo warzyw, kasze a nie nalesniki z serkiem waniliowym z cukrem.
Czy ktoś te placówki kontroluje? Czy rodzicom nie przeszkadza, że dzieci karmione sa junk foodem w wersji PL? Gdzie wiedza na temat żywienia?
Nie dla Schabowego. Sorry.
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Samodzielna Mama
Patrzę na Nią i już nie widzę w niej mojej zwariowanej przyjaciółki ze szkolnej ławki. Widzę dojrzałą, mądrą, odpowiedzialną i silną kobietę. Przy tym kobietę pełną seksapilu i energii. Równą babkę i chętną do pomocy kumpelkę. Kobietę sukcesu i duszę towarzystwa. Kochającą mamę rocznej Oliwki.
piątek, 20 sierpnia 2010
Dzieci rodzą dzieci - temat z maila
Chciałam się Wami podzielić pewną historią, która mnie spotkała i tym samym może trochę podtrzymać niektóre z Was na duchu :)
Wszystko było jak w bajce, znalazłam przystojnego mężczyznę, zakochałam się na zabój Bardzo szybko zamieszkaliśmy razem, było cudownie. Niedługo potem mi się oświadczył… ależ byłam szczęśliwa. Planowaliśmy wspólną przyszłość, ja na trzecim roku studiów, planująca zrobić karierę naukową.. dostać dobrą pracę, urządzić się, pozwiedzać świat i dopiero później stać się mamą :) Wszystko układało się po mojej myśli, kupiliśmy własne mieszkanko, zaczęliśmy się urządzać :) Radość, miłość i idylla :) i zaczął mi się okres spóźniać, ale nie przejmowałam się, bo często tak było.. minęły 4 tygodnie, okresu nie było ale za to na teście ciążowym pojawiły się dwie niebieskie kreski !! WYROK !! Przepłakałam pół nocy zadając sobie pytanie: „co teraz będzie?”, a mój ukochany przytulił mnie i powiedział: „ tak bardzo Cię kocham, poradzimy sobie”- przestałam się bać, chciałam ogłosić całemu światu dobrą nowinę … no i się zaczęło…najpierw rodzina przeżyła załamanie nerwowe zamiast wsparcia słyszałam tylko „ jak mogłaś być taka głupia, zmarnowałaś sobie życie, teraz będziesz już tylko kurą domową, nic nie osiągniesz, studiów nie skończysz” Nawet znajomi ku mojemu zaskoczeniu stwierdzili, że już teraz nie mam na co liczyć i o swoich marzeniach mogę zapomnieć.. Najgorsze były starsze sąsiadki „ no ile ona ma lat 23, taka młoda matka, co ona temu dziecku może przekazać, przecież sama jest jeszcze dzieckiem !!” Nigdy nie wyglądałam na swoje lata, zawsze dawano mi więcej, więc chociaż obcy ludzie nie traktowali mnie jak patologię! Trochę się podłamałam, zamiast cieszyć się z czegoś tak pięknego jak ciąża, macierzyństwo ja wolałam o tym nie mówić, wstydziłam się, czułam się naprawdę gorsza, wręcz trędowata.. to było straszne .. Wybrałam się jak zwykle na wizytę kontrolną do swojego ginekologa, wcześniej był na urlopie, więc teraz czekał na niego cały łańcuszek kobiet. Jedna z nich, siedząca obok mnie była wyraźnie załamana. Nie wiem czemu ale od razu do niej zagadałam.. Znalazłyśmy wspólną nić porozumienia, opowiedziała mi historię swojego życia.. tak bardzo pragnęła teraz mieć dziecko.. ale nie mogła, bo jako nastolatka zaszła w ciążę, rodzina się jej wyrzekła, przyjaciele zostawili, nie poradziła sobie z tym i niestety usunęła dziecko!! Wszyscy byli szczęśliwi, wszystko wróciło do normy .. ale nie dla niej .. czuła się jak morderca, który płaci najwyższą karę, nie mogąc już mieć dzieci. To wydarzenie naprawdę mną wstrząsnęło i postanowiłam, iż już nigdy nawet nie pomyślę, że mam się wstydzić swojej ciąży! Postanowiłam, że im wszystkim pokażę, będę dalej uczęszczać na studia i dam sobie radę!!! Nasłuchałam się przy okazji, że tylko się ośmieszę! Było ciężko, ale zaliczyłam 4 rok, całą sesję w pierwszym terminie. W lipcu urodziło się moje szczęście, rodzina wybaczyła mi moją „głupotę” i skakali z radości na widok małego Mateuszka. W szpitalu też przeżyłam traumatyczną sytuację. Leżała z nami na sali 16 letnia mama, zagubiona, zastraszona, nigdy nie przytuliła swojej córeczki, nawet jak ta płakała, nie potrafiła do niej wstać, ukochać i uspokoić.. Matki leżące razem z nami szeptały między sobą, widziałam, że dziewczynie było głupio, wstyd ją paraliżował. Ktoś powie, że 16 lat to już zdecydowanie za wcześnie na podjęcie takiej odpowiedzialności za inną osobę, może i tak, ale zamiast krytykować i wyśmiewać, postarajmy się wspierać taką dziewczynę, niech nie myśli, że jej dziecko to kara czy początek jej własnej klęski.
Opisuję tę historię, ponieważ tak bardzo mnie boli podejście niektórych ludzi.. wchodzenie z butami w czyjeś życie, bezwzględne ocenianie. A ja naprawdę jestem szczęśliwa, mam pięknego syna, kochanego męża, kończę studia. Dałam radę. Kochane młode mamy, nie wstydźcie się swoich brzuszków, cieszcie się, bo spotkało Was naprawdę coś najpiękniejszego, a ludzie zawsze będą gadać, taki już ten nasz naród jest... niedelikatny...
Pozdrawiam, mama Mateuszka
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Wierzę intuicji - temat z maila
Jak dobrze, że mogę wpaść tu na chwilę i poczytać ciekawe teksty. Jestem bardzo młodą mamuśką, nigdy wcześniej nie miałam kontaktu z takim maleństwem, jakim teraz jest mój synek. Bardzo się bałam, czytałam mnóstwo gazet itp. o karmieniu (tylko piersią!), pielęgnacji itd... ale starałam się myśleć pozytywnie, że dam sobie radę, że urodzę, wszystkiego się nauczę. Gdy tylko zobaczyłam małego, poczułam, że to jednak nie jest istota ze szkła, że nie muszę czuwać i sprawdzać w nocy, czy oddycha. Poczułam też, że nie podołam najważniejszemu zadaniu jakie stawia przede mną całe grono pediatrów, psychologów, rodziny - że karmienie piersią nie jest proste. Udało mi się jednak zacisnąć zęby (wszystko dla dobra pierworodnego, w imię jego inteligencji i odporności) i karmić piersią do 3 miesiąca, co było raczej zabawą i chwilą relaksu dla małej krzykliwej istoty, a momentem bólu dla mnie. I tak po takim "karmieniu" niezbędne było mleko modyfikowane dla Małego, a mało skuteczny krem na spękane brodawki - dla mnie. W końcu pokarm, którego nawału nigdy nie doświadczyłam, sam zaniknął. Nie zaprzeczę, że byłam z tego powodu zadowolona. Jak najbardziej właściwe przykładanie do piersi i szczere chęci nic nie dały, ale nie sądzę, żeby Mały miał z tego powodu jakieś problemy z nauką (bardziej z lenistwa). Bo już jako sześciomiesięczny, niezbyt filigranowy dżentelmen, jest niezłym leniem. Jak przewrócić się na brzuszek - to tylko z gołą pupą, siąść - owszem, ale jak mnie posadzisz (nie sadzam na siłę, Mały chce, żeby chwycić go za rączki i podnosi się sam). I choć jest trochę rozpieszczony, to nie czuję się "lewa" z tego powodu, że to moje pierwsze dziecko i że jestem młoda.
Inaczej jest z moją cudowną, znerwicowaną nieco teściową, która wychowawszy czwórkę własnych dzieci, zachowuje się jakby to był jej pierwszy kontakt z tak małym dzieckiem. Bo noworodka w foteliku to ona jeszcze nie widziała, przecież to za małe dziecko, fotelik z pewnością niewygodny, niebezpieczny (!!!). Czy te spodenki to mają lycrę... przecież może spaść z łóżka (czterotygodniowe dziecko, które rusza tylko rączkami). Myślałam, że wyjdę z siebie, gdy podczas karmienia podeszła i trzymała swój palec na MOJEJ piersi, przy nosku Małego, żeby się nie udusił!!! Że po chrzcinach to się dziecka nie kąpie (pierwszy raz coś takiego usłyszałam - ale wykąpałam), że uszko i woda - absolutnie nie! Dodam, że nie biorę lejka i nie leję Małemu wody do ucha, ale przy kąpaniu co nie co się zamoczy, ale zawsze potem wycieram dokładnie pieluszką i nie narażam na zimno. Do tej pory drżę, gdy mamy jechać do kochanej babci w odwiedziny. A woda morska do noska - musiałam na głos czytać jej ulotkę, że to dla niemowląt! Każdy członek rodziny wszystko wie wszystko o naszym dziecku. Że ząbek krzywo rośnie, że troszkę za gruby, że płacze (cóż, tak ma w obcym, do tego gwarnym miejscu), że to, siamto i tamto. Każda informacja, którą kochana mamusia na nasz temat uzyska, jest dokładnie filtrowana, przetłumaczona, utrwalona i przeniesiona na każdy inny grunt, z którym kochana mamusia ma styczność. A wszystko dlatego, bo przecież ja jestem taka młoda, na pewno popełniam wiele błędów, które też za plecami muszą być wytknięte i przedyskutowanie. Jestem matką, młodą, ale bardzo kocham swoje dziecko i nigdy krzywdy bym nie zrobiła, nie udusiłabym piersią... Czy to tak trudno starszemu człowiekowi zrozumieć, że my naprawdę nie chcemy mu robić na złość, nie chcemy też źle dla swoich dzieci - robimy wszystko najlepiej jak potrafimy, nie lecimy może od razu z rękami gdy płacze. Czasem czuję, że starsi ludzie nie traktują nas, młodych rodziców poważnie. Przecież jesteśmy tacy młodzi, co my możemy wiedzieć, ale co oni wiedzieli, gdy mieli pierwsze dziecko?? Czy te wszystkie kochane mamusie i ciocie były takimi supermatkami, gdy same miały 20 lat i płaczące wiecznie dziecko? I przede wszystkim, czy lubiły wysłuchiwać wtedy uwag na temat ich sposobu wychowywania? Chcę tylko szacunku, wiary w mój rozsądek, a przede wszystkim w intuicję - którą przecież wszystkie posiadamy. To dzięki niej nie bałam się wziąć Małego na ręce, to ona dyktuje nam, co powinnyśmy robić. Mały rośnie na mleku modyfikowanym jak na drożdżach. Uwielbia chlebek i jabłka. Ani razu nie miał nawet kataru, odpukać. Jak jest gorąco to nie ubieram mu wełnianej czapki i kombinezonu ("to Ty tak z nim wyjdziesz
na pole?"), i choć czuję urazę gdy słucham tych wszystkich komentarzy, to zaciskam zęby i robię swoje, tak jak czuję, jak uważam za słuszne i dobre dla małego. A on w nagrodę przesypia caluteńkie noce! (odpukać!!!)
Jesteście cudowne, niegrzeczne i grzeczne Mamuśki! Te młodsze i te starsze, mamy jedynaków i siedmiorga dzieci. Robicie wszystko najlepiej, jak potraficie, odpoczywacie - bo są momenty gdy dziecku trzeba włączyć Fakty i napić się kawy. Dać kawałek chleba i pogadać z koleżanką na skype. Nikt nie jest supermamą, superczłowiekiem, ale każda z nas jest najlepszą mamą dla swojego dziecka. Wierzcie, wasze dzieciątka nie mogły trafić lepiej!
Trzymajcie się!!!
Ragga
poniedziałek, 9 sierpnia 2010
NAD- MAMA - temat z maila
Próbując sprostać niemałym wymaganiom i podreperować jakoś moje chyboczące się poczucie własnej wartości, zaczęłam szukać inspiracji, wskazówek, warsztatów, wszystkiego tego, co sprawi, że zamiast UPIORNIE ZMĘCZONEJ MATKI, pojawi się na chwilę, na krótko nawet, obraz MATKI SPEŁNIONEJ.
Niestety, poszukiwania jakiegokolwiek zajęcia dla rodzicielki osiemnastomiesięcznego dzikusa i Kopacza Brzusznego, który za jakiś czas przywita ten świat, okazały się porażką. Bo jak tu zająć się czymkolwiek, kiedy mamy do obrobienia siebie, stumetrowy lokal , męża, wspomnianego wcześniej nad podziw aktywnego półtoraroczniaka?
Nie wiem, jak Wy to robicie, drogie Mamy! Nie wiem, skąd macie czas na prowadzenie bloga, foto-bloga, zajmowanie się pichceniem wymyślnych dań, odbywaniem kursów, szkoleń i warsztatów...spotykaniem się z dziećmi i znajomymi w kawiarniach, pubach i na imprezach wszelkiego typu?
Skąd bierze się Wasza radość, co napędza Was do działania? Jak gospodarujecie czasem, skoro Wasze dzieci są najedzone, zadowolone, wybawione ,a Wy macie czas na obfotografowanie i obróbkę tego, co powyżej?
Jak to robicie, że Wasze relacje na blogach nie są nudne i nie zawsze temat, który poruszacie dotyczy tylko pieluch, zupek, kremów na odparzenia i wszystkich tych nudnych spraw, od których ja uciekłabym na koniec świata...albo i dalej?
Szukając rozwiązania nie raz podczytywałam historie innych matek, oglądałam ich uśmiechnięte buzie, chłonęłam wszystkie pasje. I wiecie co? Zazdrość mnie zżerała, że mając bliźnięta można wyrwać się na tygodniową podróż do Portugalii, nie zabierając ze sobą dzieci; da się robić bezpretensjonalne zdjęcia, wyszywać, gotować, malować , pisać wiersze albo zwyczajnie opowiadać o urokach tego, od czego ja staram się uciec- wszechogarniającego macierzyństwa...
Nie chcę się usprawiedliwiać, czy szukać w sobie wymówek, ale codziennie brakuje mi sił . Jest coś pokrzepiającego w tym, że nie jestem z tym wszystkim sama, że gdzieś w cybersieci siedzą równie sfrustrowane mamy. Tyle tylko, że wciąż wirtualne.
Drogie Panie- poradźcie, proszę, co ma zrobić kobieta w ciąży, z nadpobudliwym starszakiem, mieszkająca w obcym mieście, bez rodziców i rodzeństwa, którym co jakiś czas można na barki zwalić część kłopotu? Do tego bez pasji i wiary, że kiedyś będzie lepiej...
Kasia, mama Rocha
Wrocław
środa, 4 sierpnia 2010
Krótkie opowiadanie o Idealnej Mamie
* Bohaterowie opowiadania są fikcyjni. I są wśród nas. A także w każdym z nas.
piątek, 30 lipca 2010
Mama na obcasach
Może powinnam zacząć pisać w szpilach? A może przywitam w nich wypoczętą po wakacjach szarańczę, którą od września znów będę molestować gramatyką angielską?
czwartek, 22 lipca 2010
... - temat z maila
poniedziałek, 19 lipca 2010
Co dalej? - temat z maila
Chciałabym poruszyć temat, którego, moim zdaniem, nie ma jeszcze na blogu. Chodzi mi o pracę młodej mamy. Owszem są posty, które opowiadają jak to jest się tą złą i beznadziejną matką kiedy się pracuje, a dziecko wychowuje babcia lub niania.
Ja chciałam napisać o sobie, myślę że jest takich jak ja trochę. Poszłam na zwolnienie w 8 tyg ciąży, lekko nie było. Urodziłam jednak szczęśliwie Córeczkę. Teraz ma pół roku. A ja pytam się co dnia „Co dalej?”. Minął już prawie rok jak jestem w domu. Potrzebuje ludzi momentami bardziej niż powietrza. Siedzę z dzieckiem, za które oddałabym życie, ale potrzebuje pracy. Innego środowiska, odskoczni od codzienności w pieluchach, potrzebuje kasy po prostu też. Macierzyński się skończył, urlop zaległy wybrany i cóż pozostaje mi wychowawczy. Teoretycznie jestem zatrudniona w pewnej firmie. Tylko, że ja nie mam tak naprawdę gdzie wracać. ;( Firma nie nadaję się by tam pracować, nawet ktoś tak popsuty jak ja.
Szukam więc pracy. Idę na kilka rozmów o pracę. Oczywiście zawsze wystrojona jak trzeba, włosy ogarnięte. Niestety wszystkie te opowiastki jak to młode mamy są chętnie zatrudniane to bajka. To wymysł mediów. Rzeczywistość jest zupełnie inna. Potencjalnemu pracodawcy włos się jeży na wiadomość że jesteś młodą matką. Nie chcą mnie nigdzie. Jestem mało dyspozycyjna, nie bardzo skora do wyjazdów. Do tego przecież należy mi się opieka ( dwa dni w roku, ale zawsze coś) no i nie daj boże żeby dziecko się rozchorowało to pójdzie na zwolnienie. I przecież nie może być 24 godziny w pracy. Nikt takiej mamy nie chce. Nie ma dla nas pracy i perspektyw na rozwój. Gnuśniejemy w domach. Lądujemy na wychowawczych bo nie mamy dokąd wracać, nie dostajemy od Państwa też nic. Bo dzięki Bogu dochód przekracza 500 zł na osobę w rodzinie i nie dostaniemy tych 400 zł zasiłku. Eh, szkoda gadać.
Więc nie jestem jeszcze gorszą matką bo jednak nie pracuję. Zostałam z dzieckiem. Mimo to nie mogę się oprzeć przed przeglądaniem ofert o pracę i wysyłaniem Cv. Moje dziecko nie jest łatwe w obsłudze, a instrukcji zapomnieli załączyć ;-) W domu mam bajzel a obiadem często się nie interesuję. Nie będę "Perfekcyjna", mam dość zajeżdżania się bo tak wypada. Kiedy ładna pogoda rzucam wszystko idę na spacer z Córką.
I co z tego, że w razie czego mam super opiekę do Córki. Głupia nie jestem, doświadczenia zawodowego trochę mam. Nie postawiłam w życiu na karierę a dopiero potem na rodzinę. Tylko dlaczego te co chcą mieć dzieci przed sukcesem zawodowym potem cierpią? Ostatnio słyszałam, że dla dzieci mama w domu to obciach. To chyba nowa moda, ale teraz wszystkim „bogatym gówniarzom” wydaje się, że jak mama w domu to tępa jest i nie potrafi pracy znaleźć. Nawet gdyby mój mąż zarabiał miliony potrzebowałabym jakiegoś etatu.
Mówią, że można pracować w domu. Ale jak? Biżuterii robić nie będę, zdolności lepienia z gliny też nie mam, innych talentów tego typu brak.
Nic pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że los się kiedyś nade mną zlituje i jakiś nienormalny szef mnie zatrudni. Tylko teraz wydaje mi się to tak realne jak wygrana w totolotka.
Pozdrawiam
Aska